piątek, 21 sierpnia 2009

SHO, początki FY2 w ortopedii

Niedawno skończyłem pierwsze dnie pracy jako SHO (senior house officer) , i co za czas to był.

Wiedziałem, że będzie sporo do roboty, bo zamiast 6 SHO byłem tylko ja i na dodatek to ja przyjmowałem nowych pacjentów. Jakby tego było mało w ten sam dzień zaczynali nowi stażyści (FY1), którzy oczywiście nie mieli wielkiego doświadczenia, więc potrzebowali odrobinę pomocy.

To wszystko w sumie dało bardzo długie i pracowite zmiany.

Pracując z nowymi FY1 uświadomiłem sobie jak wiele przez ten czas się nauczyłem, ile rzeczy stało się wręcz oczywiste.

Polubiłem nawet wyjaśnianie różnych aspektów mniej doświadczonym kolegom, chciałbym być w tym dobry.

Każdy etap przynosi ze sobą nowe wyzwania, już niedługo nocki na których jestem sam i zajmuję się wszystkimi pacjentami i nowymi przyjęciami z chirurgii, ortopedii, laryngologii i ginekologii, podczas gdy bardziej doświadczeni koledzy śpią i raczej nie chcą być obudzeni do rana. To będzie wyzwanie!

środa, 22 lipca 2009

Prawo wykonywania zawodu

W końcu, po długich zmaganiach z brytyjską biurokracją (GMC) udało mi się uzyskać pełne prawo wykonywania zawodu. Zajęło mi to więcej czasu niż zazwyczaj z kilku róznych powodów. Fakt bycia emigrantem, nawet z kraju Unii troche wszystko komplikuje, ale i tak mamy znacznie lepiej niźli lekarze z Indii czy Afryki, ostatnimi czasy wprowazono różnorodne ograniczenia. Czytałem o przypadku lekarza rodzinnego, który nie zachował wymogu posiadania 800 funtów na koncie bankowym, ponieważ o nim nie wiedział i pomagał finansowo rodzinie, teraz zapewne będzie musiał wrócić do domu. Dziwią mnie te ograniczenia, ponieważ w systemie na wielu poziomach nadal brakuje lekarzy.

W moim przypadku kolejną sprawą było to, iż nie zacząłem pracy w tym samym czasie co inni a system treningowy ma odpowiednie normy czasowe, trudno było to wyjaśnić biurokratom, ale po kilku rozmowach telefonicznych, wsparciu z pracy i pomocy 'Magica' z referencją sprzed okresu pracy w szpitalu, udało się wszystko dopiąć na czas.

sobota, 11 lipca 2009

Podsumowania FY1

Chyba niedługo uda mi się ukończyć FY1 - coś jak pierwszy rok stażu. Z różnych przyczyn zajęło mi to prawie dwa lata. Już spokojnie pracuję i wiem co do mnie należy, pora więc na nowe wyzwania. Już od sierpnia będę pracował jako Senior House Officer - FY2, po cztery miesiące na ortopedii, urologii i psychiatrii. Jeśli chodzi o to 'spokojnie' to muszę przyznać, że obecna rotacja jest dosyć spokojna. Jednakże w związku z tym, że jestem jedynym FY1 w drużynie, czasami mam dwa razy tyle pracy. Bywały momenty, w których byłem zostawiony samemu sobie z pacjentami ewidentnie potrzebjącymi interwencji doświadczonego chirurga, w pracy lekarza bywa ciężko... Od sierpnia taka sytuacja będzie częstsza - będę pracował również na nockach, więc wszyscy pacjenci z chirurgii, ortopedii i ginekologii na raz, i tak przez tydzień. W Polsce miałem obraz lekarza śpiącego w trakcie nocy, wyjątkowo wybudzanego w nagłych wypadkach, choć z pewnością nie jest tak zawsze i wszędzie tutaj wyjątkowo przymyka się powieki. To dopiero będzie wyzwanie.

niedziela, 3 maja 2009

Koniec kolejnej rotacji

Kolejna 3-miesięczna rotacja z urologii minęła mi bardzo szybko i przyjemnie. Nie dość, że miałem już jakieś doświadczenie to tym razem pracowała ze mną jeszcze jedna lekarkażna było się podzielić pracą. Miałem trochę więcej okazji by zaglądać i asystować na sali operacyjnej i zaglądać do przychodni. Nowy system dyżurowania - cztery dni w tygodniu albo cały weekend - jest co prawda bardziej męczący, ale dyżuruje się tylko od czasu do czasu.
Swoją drogą ciekawe jak to jest pracować z drugiej strony, jako lekarz rodzinny wysyłający pacjentów do dyżurującego chirurga. Czasami otrzymuje się skierowania, które całkowicie rozmijają się z rzeczywistością, może jest to swego rodzaju chuchanie na gorące, aby nic się na wszelki wypadek nie stało.
A i jeszcze na topie ostatnio w mediach -świńska grypa, jak na teraz nie warto sobie nią zaprzątać głowy.

wtorek, 10 marca 2009

Śmierć profesora Religi


Profesor Religa był bez wątpienia nie tylko najsławniejszym polskim kardiochirurgiem ale w ogóle najbardziej rozpoznawanym lekarzem. Sławę zdobył przełomowymi na swój czas, heroicznymi, często wielogodzinnymi operacjami na sercu, jako pierwszy w polsce wykonał udany przeszczep serca (co jeszcze do niedawna wydawało się niemożliwe). Zapewne część sławy wynikała również z jego kontrowersyjności (sporą część życia palił papierosy) i publicznej/politycznej działalności. Niestety nawet najbardziej znany polski lekarz nie był w stanie uniknąć chorób. W 2007 wykryto u niego złośliwy nowotwór płuca, pomimo szybkiej operacji nastąpił nawrót choroby i prof. Religa zmarł w dzień kobiet 2009. Czapki z głów. Rest in peace.

wtorek, 10 lutego 2009

Spłata zobowiązania

Zetknąłem się niedawno z czymś zupełnie nowym. Moja znajoma stażystka pochodząca z Malezji będzie musiała wracać do swego kraju. Wynika to z tego, iż jej edukacja, zakwaterowanie, wyżywienie w liceum i na studiach została w pełni opłacona przez jedną z malezyjskich firm. Teraz musi ona wrócić aby pracować w Malezji przez 10 lat. Istnieje oczywiście opcja wykupienia się, ale 'dług' wynosi około 250000 funtów (przy obecnym kursie złotówki ponad 1250000 PLN) przy niemożliwości spłaty tego zobowiązania w ratach. Z pewnością spore zobowiązanie. Podobno w tym rejonie Azji to normalne, dla mnie jednak bardzo dziwne.

środa, 4 lutego 2009

Powrót z urlopu

Mialem dosyc nietypowy powrót z urlopu. W zwiazku z najwiekszymi od 18 lat opadami sniegu (jednego dnia wszystkie londynskie autobusy zostaly zawieszone!) mój lot zostal odwolany. Tak po prostu przychodze rano na lotnisko i moj samolot nie leci, nie jest opozniony tylko nie leci wcale. Zaryzykowalem i przebookowalem lot na lot do Liverpoolu, czyli nie dokladnie w moim kierunku. Mialem tez opcje przebookowania lotu na inne lotnisko w Londynie, jak sie jednak pozniej okazalo ten lot rowniez zostal odwolany :)
Po powrocie pracowałem jeszcze jeden dzień na internie i przeniosłem się na urologię. Zdecydowana zmiana, zamiast 60 pacjentów mam zaledwie kilku i zazwyczaj nie wymagają tak wiele uwagi. Pierwszego dnia asystowałem w operacji usunięcia nerki. Pacjentka miała spory nowotwór i trzeba było usunąć całą nerkę. Jako, iz jest to organ bardzo dobrze ukrwiony sama operacja była dosyć krwawa. Zazwyczaj robię się głodny ok 12 a tu adrenalina sprawiła, że spokojnie asystowałem przez prawie 3 godziny.

środa, 28 stycznia 2009

Urlop

W ostatnim momencie udało mi się zarezerwować niewykorzystany urlop. Nie udało się go wziąść dokładnie wtedy kiedy chciałem (tak by pojechać na studencki wyjazd w góry), ale jednak. Szybko zarezerwowałem bilet lotniczy i dałem znać rodzinie/znajomym. W związku z pośpiechem w jakim się to wszystko działo mało co udało mi się zaplanować i dogadać, ale w końcu udało się więcej niz się spodziewałem (dwa dni na snowboardzie, spotkanie z najprzerózniejszymi znajomymi - nawet tymi z Kanady ;). I to wszystko pomimo tego, iz większość już pracuje więc wolne ma tylko weekendy. Tydzień spędzałem dość bezczynnie - oglądając Australian Open, polskich piłkarzy ręcznych (z Norwegią - rewelacja) i ogólnie dosyć bezproduktywnie. I nawet tęskni mi się do pracy, do odrobinę szybszego rytmu. Zabawne, w pracy jest za mało wolnego czasu a na urlopie - za dużo.
zdjecie: PAP/EPA

niedziela, 18 stycznia 2009

Wizerunek publiczny lekarza

Jako lekarze mamy spore wymagania w stosunku do profesjonalnego wygladu i zachowania, wiedzy, umiejętności etc. Dotyczy to nie tylko pracy, lecz wkracza również w nasze życie prywatne. Bo niby nie ważne co robisz i z kim się spotykasz na weekendy, po godzinach, ale jednak.
Czasem przybiera to grubo przerysowaną postać. Znam osobę, która oskarżona przez swą byłą narzeczoną o coś co nie miało miejsca wpadła w duże tarapaty. I to nie tylko ona lecz również jej znajomi i współpracujące osoby. Zapewne do niczego takiego nigdy by nie doszło, jeśli nie praca jaką ta osoba wykonywała - lekarz. Brak winy, jednak reperkusje ze względu na 'dochodzenie prawdy' w wyniku których ta osoba nie była w stanie podjąć pracy, o którą zabiegała od dłuższego czasu. Jest sporo tego typu 'drobiazgów', które odpychają od medycyny, inne: odpowiedzialność, stres, nieproporcjonalne do nich wynagrodzenie, niesocjalne godziny pracy, wymagania od pacjentów, rodzin i pracodawcy, przerost papierkowej roboty etc.
Drogi czytelniku, jeśli przypadkiem jesteś w momencie dokonywania ważnych wyborów w swym życiu, weź to wszystko proszę pod uwagę. Nie zrozum mnie źle, uwielbiam pomagać ludziom, ale większy niż u reszty społeczeństwa odsetek samobójstw, nałogów, problemów rodzinnych i osobistych wśród lekarzy to fakt.

wtorek, 30 grudnia 2008

Refleksja

Właśnie kończy się rok 2008. Populacja Ziemi zbliża się do 7 miliardów. W przyblizeniu: co minutę rodzi się 250 dzieci, dziennie umiera 150 tysięcy osób. Oznacza to, że mniej więcej co sekundę przybywa na Ziemi 3 osoby. Niewiarygodne.

środa, 24 grudnia 2008

Kolejna wigilia

Wigilja odkąd pamiętam zawsze mnie przygnębiała. Całe nerwowe przygotowania i sama kolacja. W tym roku dyżuruje w drugi dzień świąt, sobotę i niedzielę, dodatkowo później w Nowy Rok. Z różnych powodów zacząłem się ostatnio zastanawiać czy to co robię jest tym czego chcę w zyciu. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam pomagać ludziom (chociażby http://www.poradymedyczne.blogspot.com/ ) ale jest wiele rzeczy, których nie lubię w pracy lekarza: wstawanie rano, róznorakie protokoły i ograniczenia, nawał papierkowej pracy, dyzury takie jak ten nadciagajacy (warto tez wyjasnic, ze tutaj dyzur nie oznacza spania w dyzurce tylko bieganie po szpitalu, aby zrobic wszystko co potrzeba dla 400 pacjentow). Może trochę przygnębia mnie fakt, iż ciąglę wykonuję tą samą pracę (House Officer), już 13 miesięcy a jeszcze przynajmniej 7, co prawda dostałem niewielką podwyżkę, ale czuję się gotowy do wykonywania bardziej złożonych zadań. Znajomi, którzy zostali w Polsce już w większości rozpoczynają specjalizację i nie narzekają strasznie, kto wie gdzie byłbym szczęśliwszy. Denerwuje mnie fakt, że jako lekarze mamy płacone za czas spędzony w pracy a nie za jej efekty, z pewnoscią trudno jest porównać efekty. Są inne sposoby pomagania ludziom. Zresztą co ja tak na prawdę chciałbym robić w życiu? Zadajcie sobie pytanie: mając wystarczające środki finansowe jak spędzalibyście czas. Mi wcale nie marzy się leżenie na plaży i smarowanie brzucha kremem do opalania; nie marzy mi się również ciągłe podróżowanie, nurkowanie z rekinami i inne tego typu ekstrema. Chciałbym robić to co teraz, (no może nie jako house officer), ale w mniejszym wymiarze czasu w skali roku i dnia, tak by mieć czas na swe hobby, na dokształcanie/rozwijanie się, tak by mieć czas na odpoczynek. Czy praca jako lekarz mi na to pozwoli? A może me potrzeby zmienią się za jakiś czas?

Wesołych Świąt

środa, 19 listopada 2008

Death certificates (zaświadczenia zgonu)

Pracuję teraz na oddziałach, gdzie ludzie raczej powinni zdrowieć (Szczególnie na reabilitacji), oststnio jednak w zwiazku z presją na łóżka szpitalne mamy znacznie więcej bardziej chorych pacjentów. Po tym jak ktoś umrze, obowiązkowe jest wypełnienie zaświadczenia o zgonie z podaniem jego przyczyn i różnych szczegółów. Podczas pierwszych 9 miesięcy wypełniłem w sumie chyba ze 3 takie certyfikaty. Przychodząc dziś do pracy miałem do wypełnienia jeden, którego nie mogłem zrobić wczoraj. Po przyjściu dowiedziałem się, że jeden z pacjentów zmarł tej nocy, było to dosyć spodziewane, nie wiedzieliśmy tylko kiedy. Wtedy odzywa się bleep, aby poświadczyć zgon innego z pacjentów, pomyślałem sobie wtedy - "3 osoby, to trochę dużo jak na jeden dzień". Lecz za chwilkę podchodzi do mnie pielęgniarka: "Mógłby pan doktor sprawdzić, bo jeden z pacjentów chyba nie oddycha". 4 osoby to stanowczo za dużo.

czwartek, 6 listopada 2008

Opieka nad starszymi

Rozpocząłem w poniedziałek moją nową rotację na dwóch oddziałach: poudarowym i rehabilitacyjnym. Mój kolega nie pracuje wraz ze mną, więc jestem jedynym House Officerem dla sporej liczby pacjentów. Został nam przysłany do pomocy tymczasowy SHO, Dr Lech, który miał już trochę doświadczenia zdobytego w Polsce i jest bardzo miło podyskutować po polsku. Postawiłem sobie za cel praktykowanie badania neurologicznego, jako, że jest tu sporo pacjentów, którzy mają jakieś zmiany. Jest to zupełnie inna praca niż w kardiologii, co prawda jest tu sporo pacjentów, jednak wymagają oni zazwyczaj mniejszej ilości interwencji ze strony lekarskiej. Ciekawym na pewno będzie zobaczenie jakie postępy w stanie pacjenta może uczynić fizjoterapia.

sobota, 6 września 2008

Spójrz śmierci prosto w oczy

Medyczne dyżury na weekend to makabra. Niemalże niemalejąca lista pacjentów do zobaczenia i rzeczy do zrobienia. Kilkunastominutowa przerwa na posiłek tylko jeśli pracuje się bez przerwy na pełnych obrotach. Nic dziwnego, że dostaje się po takim weekendzie 3 dni wolnego.
Dziś pierwszy raz spojrzaem śmierci prosto w twarz. Dostałem bleep'a - pogarszający się stan pacjentki na drugim końcu szpitala. zakończyłem szybko to co robiłem i pobiegłem prosto tam, zostawiając po drodze mniej pilne rzeczy. Kiedy tam dotarłem kręciło się przy łóżku kilka osób, nasycenie krwi tlenem gwałtownie spadało, szybki rzut oka na notki medyczne, rak płuc z przerzutami i DNAR - nie rozpoczynać resuscytacji w przypadku zatrzymania krążenia. Wszystko skończyło siębardzoszybko. Jeszcze tylko kilka pośmiertnych oddechów, serce już nie bije. I ta niepewność, czy wyczuwam puls, czy to tylko mój własny, słyszę cicho serce, czy to też pulsuje w mych uszach. Stwierdzałem już kilkakrotnie zgon, jednak nikt nie umarł wcześniej na mych oczach. Dopiero co zmarli mają taki specyficzny żółty kolor, zanika zaróżowienie specyficzne dla żywych, to upewnia mnie o śmierci, brak oddechów, sztywne źrenice. RIP

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Moje początki i pra-początki


W związku z prośbą jednego z czytelników napiszę więcej o tym w jaki sposób znalazłem się tu gdzie teraz jestem.
W związku z tym, że jestem z dolnego śląska studiowałem na Akademii Medycznej im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, wydawało mi się to naturalne i zaczynając studia miałem wrażenie, że wrocławska uczelnia jest jedną z najlepszych (później dowiedziałem się o różnych niecnych rankingach). Cieszę się ze mojego wyboru, Wrocław jest wspaniałym miastem, ze studencką atmosferą i obecnie dynamicznie się rozwijającym. No i oczywiście wszyscy ciekawi ludzie, których tam udało mi się poznać, jeżeli za czymś teraz tęsknię to za czasami studiów i samym Wrocławiem.

Długo planowałem wyjazd za granicę, ostatecznie do Australii z Wielką Brytanią jako przystankiem pośrednim. W związku z tym uczyłem się dodatkowo angielskiego i dwa razy w trakcie studiów (po 3 i 4 roku) przyjechałem tu na wakacje do pracy. Wykonywałem proste prace i głównym celem nie było zarobienie pieniędzy (choć dla studenta kilka tysięcy złotych to nie tak mało) ale poznanie kraju 'od wewnątrz'.

Pomimo różnych możliwości, jakie otwierały się dla mnie (jako młodego, aktywnego i przedsiębiorczego) w Polsce, w trakcie ostatniego roku studiów postanowiłem wyjechać. W związku ze zmianą zasad naboru nie wyrobiłem się z papierami na tutejszy staż, więc planem była praca gdziekolwiek i w międzyczasie bliższe zapoznanie się z całym systemem. Dawałem sobie maksymalnie dwa lata na znalezienie pracy jako lekarz. Na miejscu okazało się, że po zarejestrowaniu się w GMC - tutejszy odpowiednik izby lekarskiej mogę szukać pracy bez konieczności aplikacji do systemu stażowego. Ogłoszeń dla rozpoczynających się stażystów nie było tak dużo (ponieważ większość miejsc była pokryta prez program). W międzyczasie pracowałem jako kelner, co również uważam za ciekawe doświadczenie życiowe. Wkrótce dostałem zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną do jednego z najlepszych szpitali w Londynie - King's College Hospital, było to moje pierwsze interview, nie wiedziałem czego się spodziewać i było 4 osoby (głównie anglicy) na miejsce, nie łudziłem sięwięc co do wyniku. Nieustanne aplikacje przyniosły kolejne zaproszenie tu gdzie obecnie pracuję. Choć też nie było tak różowo, na samej rozmowie dostałem odpowiedź odmowną, dopiero później otrzymałem telefon, iż zwolniło się dla mnie miejsce. Wypadało to śmiesznie tak, że rozpoczynałem pracę po powrocie z polski z ceremonii rozdania dyplomów, więc już z dyplomem w garści przybyłem pracować tutaj.
To co działo się dalej jest opisane we wcześniejszych postach.

piątek, 15 sierpnia 2008

MAAU

Właśne skończyłem tydzień na ostrym dyżurze internistycznym. Tydzień fizycznie wyczerpujący, praca na pełnych obrotach przez 13 godzin dziennie, 8 do 21. Niekończąca się fala pacjentów wlewających się drzwiami i oknami. Niektórzy przychodzą z błahymi problemami, niektórzy z bezpośrednio zagrażającymi życiu. Bardzo ciekawa, choc jednoczesnie oniesmielajaca jest ta roznorodnosc przypadkow. Bo jednoczesnie czasem na poczatku nie wie sie co zrobic (wrazenie) a po calej sprawie czlowiek jest duzo bogatszy w nowe doswiadczenia i coraz pewniej radzi sobie jako lekarz. Z ciekawszych przypadkow - rzeczy, ktore widzialem pierwszy raz: mialem pacjentke, ktora porzadnie przedawkowala paracetamol, z poziomem sodu 111, zapalenie opon mozgowo-rdzeniowych, kwasice ketonowa, zatrzymanie krazenia podczas skanu tomografii komputerowej i podczas artroskopii na stole operacyjnym. W piatek na 5 minut przed koncem pracy stwierdzilem jeszcze zgon. Niezle podsumowanie tygodnia.

piątek, 8 sierpnia 2008

Kardiologia

Swoją rotację z interny (tutaj nazywanej medicine w przeciwienstwie do chirurgii - surgery ;) )zacząłem od kardiologii. Jest to bez wątpienia najbardziej prestiżowa gałąź interny, w związku z dużą śmiertelnością z powodu chorób serca czyniąca duże postępy i czasem nawet wydzielana z reszty interny. Większość kardiologów to dosyć inteligentni ludzie, wiedzący o tym jak prestiżowa jest ich specjalizacja. To wszystko przyczynia siędo specyfiki pracy na kardiologii (CCU - coronary care unit). Pomimo niedużej liczby pacjentów obchody trwają po kilka godzin, szczegółowo analizowane są zmiany w ekg, objawy, wyniki badań krwi i innych. Z trzech konsultantów szczególne jeden, który uzyskał swój dyplom na Oxfordzie lubi przywiązywaćnadmierną uwagę do wszystkich niedoskonałości w opisie pacjenta, nieznajaomości jakichś szczegółów czy też innych drobiazgów. Częściowo zapewne z chęci podniesienia standardu naszej pracy, jednak nie da sięukryć, że czerpie z tego również osobistą satysfakcję. Oczywiście wszystkie akademickie dysputy wydłużają czas obchodu a co się z tym wiąże naszej pracy. Podsumowując jednak wszyscy trzej są bardzo dobrymi nauczycielamii nawet bez aktywnego udziału nasza wiedza kardiologiczna będzie na zdecydowanie wyższym poziomie. Większość pielęgniarek jest doświadczona, przeszkolona i bardzo pomocna. Potrafią pobierać krew, czasem nawet założyć wenflon a i kawa podczas obchodu jest niemalże zbawienna. Wszyscy straszyli mnie jak to dużo pracy jest na internie, i owszem może jest bardziej busy niż na chirurgii, jednak ja to lubię, zdecydowanie więcej się myśli. I dlatego lubię internę, zaczyna siębardziej wszechstronnie rozumieć dolegliwości pacjenta. Gdybym chciał zostać lekarzem chorób wewnętrznych to pewne starałbym sięzostać kardiologiem.

sobota, 2 sierpnia 2008

Podsumowań nadszedł czas

Kończę już chyba na zawsze moją przygodę z chirurgią. Od środy będę pracował na oddziałach "medycznych" - dokładniej kardiologii i oddziale poudarowym z dyżurami na przyjęciach medycznych. Było to w sumie 8,5 miesiąca, czasem słońce, czasem deszcz, będę jednak miło wspominał ten okres. Miałem w tym tygodniu dwie nowe FY1 śledzące moje poczynania, widzę jakie niepewne i poddenerwowane są, wiem jak to jest, bo też tam byłem. Wiedząc już teraz co trzeba robić i mając trochę doświadczenia pracuje mi się dużo lepiej. Chyba nawet zaczynam odczuwać satysfakcję z tego co robię, z faktu niesienia pomocy innym. Trochę zostało to zagubione pod nawałem pracy, jednak teraz na nowo to odkrywam. Więc myślę, że jednak warto.

czwartek, 26 czerwca 2008

Interview - pełen sukces

Zostałem zaakceptowany do pojawienia się na interview.
Po krótkiej wizycie w Londynie, na której pokazałem mojemu dobremu znajomemu, który pierwszy raz przyjechał do Londka jak się poruszać po mieście pojechałem na interview.
Mała mieścina, ładny szpital i miłe przyjęcie.
Przybyłem odrobinkę wcześniej i w związku z tym, że ktoś inny nie przybył zacząłem całość wcześniej. Nigdy nie miałem egzaminu typu OSCE i nie byłem pewien dokładnie czego się spodziewać.
Pierwsza stacja polegała na interpretacji parametrów krwi tętniczej (Arterial Blood Gases - ABG) wraz z krótkim opisem sytuacji klinicznej i planem jakie kroki zastosowałbym w takiej sytuacji. Nie było podanych prawidłowych wartości, tak jak jest w prawdziwej sytuacji, jednak na szczęście większość pamiętałem i jakoś wybrnąłem z dyskusji.
Druga stacja to handover - przekazanie listy zadań zmieniającemu nas lekarzowi ze zwróceniem uwagi na najbardziej nagłe sprawy. to było mega proste, pracowałem w chirurgi już ponad pół roku i takie rzeczy to codzienność.
Trzecia stacja to zrobienie wypisu ze zwróceniem uwagi na przepisanie leków, była tam również morfina, którą wypisuje się w szczególny sposób i to był główny haczyk.
Ostatnią stacja to najbardziej typowy OSCE - przychodzisz do pacjenta, którego stan się pogorszył i badasz go i jakie kroki wdrażasz w związku ze spotkanymi nieprawidłowościami. Bardzo dziwnie bada się manekina, egzaminator z boku błyskawicznie podaje co tam się wybadało i również cokolwie się nie zleci od razu ma efekt. Wszystkie kroki przyniosły tylko minimalną poprawę stanu pacjenta i tak naprawdę chodziło o to, aby przekazać go do ITU czyli na intensywna opiekę.
Nie było idealnie, ale z pewnością umiałem i wiedziałem dużo więcej niżrok temu po skończeniu studiów, i już to jest powodem do satysfakcji.
Wczoraj dostałem telefon, że oferują mi pracę i mam podać swoje preferencje w stosunku do miejsca, czyli sukces ;)
Dzisiaj też spłaciłem kredyt studencki, tyle pozytywnych rzeczy w jednym tygodniu, oby tak dalej.

niedziela, 1 czerwca 2008

Poszukiwania pracy

Mój obecny kontrakt kończy się w sierpniu. W związku z tym, że nie zaczynałem wtedy co wszyscy nie będę mógł jeszcze otrzymać full registration - czegoś takiego jak prawo wykonywania zawodu w Polsce. Muszę jeszcze przynajmniej pracować przez kilka miesięcy na oddziale internistycznym i zrobić więcej mini-CEX, DOPs i CBD (takie mini-examiny świadczące o rozwoju zawodowym i nabywaniu umiejętności). Jestem więc zmuszony do kolejnego poszukiwania pracy. Co prawda w szpitalu, w którym jestem jest na pewno jedno miejsce, ale nie mogę go tak po prostu dostać, muszę uczestniczyć w otwartym "konkursie" o dane stanowisko. Proces poszukiwania tego typu pozostałych po wcześniejszej rekrutacji miejsc jest dalej dosyć złożony, wypełnia się wielostronicowe aplikacje z dziwacznymi czasem pytaniami, a później jeśli spełnia się kryteria można zostać zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną. Takie interview może przebiegać bardzo różnorodnie od pytań dlaczego ktoś zdecydował się przyjechać do UK do strukturyzowanych według brytyjskich standardów badań pacjentów tzw. OSCE. Teraz przygotowuję się do takich egzaminów, bo nie wystarczy podczas nich dobrze zbadać pacjenta, ważniejsze jest aby wszystko zrobić w odpowiedniej kolejności, przedstawić się, zapytać o zgodę i tego typu formalności. Więc znowu (prawie) jak na studiach, mimo, że dużo ważniejsze niż wszystkie egzaminy, odczuwa się jednak zdecydowanie mniejszą presję.

niedziela, 11 maja 2008

Weekend

Dużo pisałem już o pracy i czasem w ciemnych kolorach, dlatego warto napisać coś o życiu poza pracą. Pracuję tylko w niektóre weekendy, większość z nich mam wolnych i staram się je jak najbardziej wykorzystać. W związku z tym, że klimat na wyspie jest trochę lepszy niż w całej reszcie Anglii i do najbliższej plaży mam w każdym kierunku najwyżej kilkanaście mil wykorzystuję ładną pogodę porównując poszczególne plaże. Można tu znaleźć sporo knajpek z rybami i owocami morza, w większości świeżo złowionymi w okolicznych wodach. Na weekendy organizowanych jest tu sporo nieoficjalnych imprez z ogniskiem ale i porządnym soundsystemem, zazwyczaj w miejscach oddalonych od terenów zamieszkanych i pięknych same w sobie. Tutejsze plaże ciężko porównać z tymi w Polsce, w związku z tym, że jest to ocean poziom wody nieustannie się zmienia (przypływy i odpływy) niektóre plaże mają wysypane kamenie w celu ochrony plaż przed erozją, niektóre jednak są piaszczyste, w okolicy jest też sporo ciekawych klifów (polecam GoogleEarth). Poza tym mam obok mieszkań dla pracowników kort tenisowy, więc mamo, nie tylko ciężko pracuję.

środa, 7 maja 2008

Praca w nowej drużynie - urologia.

Zamiast wolnych 1,2 i 3 maja Anglicy mają wlny zawsze pierwszy poniedziałek maja, wracaliśmy więc po długim weekendzie we wtorek i wydawało mi się, że pracujemy jeszcze jeden dzień w starym teamie. Pojawiłem się nawet na porannym Trauma meeting i byłem maglowany z interpretacji jednego x-raya. Okazało się jednak, że pracujemy już w nowych drużynach, dołączyłem więc do robiących obchód urologów. Słyszałem, że praca na urologii jest dosyć spokojna i rzeczywiście miałem tylko kilku zamiast dwudziestu kilku pacjentów, jestem jednak jedynym house officerem w dużynie, wszystko więc spoczywa na moich barkach. Przed 11 dowiedziałem się, że moge już przyjść na pre-assessment, czyli ocenę stanu zdrowia pacjentów przed operacjami, niestety troche to trwało... Nie wyrobiłem się na spotkanie z przedstawicielami zwiazku zawodowego lekarzy, ale najgorsze było to, że przez ponad godzinę byłem strasznie głodny, gdyż to właśnie pora lunchu. Reszta dnia minęła całkiem spokojnie.
Dziś za to byłem na całodniowym on-call, dobrze, ze nie miałem za dużo do zrobienia z pacjentami z mojej drużyny, ponieważ Ci ostrodyżurowi walili się drzwiami i oknami. Jeden z tych dni, gdy lista rzeczy do wykonania wydaje się tylko wydłużać i ma się ochotę wyrzucić bleep przez okno. Chyba najcięższe jest to, gdy spotyka sięjakiś przypadek po raz pierwszy i nie ma nikogo by powiedzieć, że to jest tak a to tak. Doświadczenie... tylko w ten sposób sięje zdobywa. Na szczęście do 21 udało się uporać niemalże ze wszystkim. Prosta, lecz ważna zasada: First things first.

środa, 30 kwietnia 2008

Chorobowe

Kończę powoli część stażu na ortopedii i w związku z tym mam różnego rodzaju "zaliczenia". Tydzień temu przygotowywałem prezentację ciekawego pacjenta, miałem test z radiologii ortopedycznej, zaliczałem konsultację w "klinice złamań" i w tym tygodniu przygotowuję prezentację artykułu o operacyjnym leczeniu złamań szyjki kości udowej. A poza tym zwyczajna praca, raz lepiej, raz gorzej... A propos zwykłej pracy, ostatnio kilka razy zdarzyło się, że drugi House Officer z drużyny zadzwonił rano, że jest chory i nie przyszedł. A to raz był po dyżurze, a to raz sam przygotowywał prezentację. Jako, że jest nas w drużynie dwóch, automatycznie mam wtedy dwa razy tyle co zwykle rzeczy do zrobienia, kiedy jeszcze nie zjawią się panie pobierające krew zaczyna się robić naprawdę "ciasno". Dodatkowo jest to mój kolega i wiem, że następnego dnia wychodzi na imprezę na miasto albo spotykam go siedzącego w bibliotece i przygotowującego prezentację... Zbyt chory by pracować, ale na to sił mu wystarcza. Czy tylko ja mam podejście, że nawet kiedy kiepsko się czuję powinienem iść do pracy, że pacjenci potrzebują mojej pomocy? Na razie nie chcę być taki jak inni, dam radę zrobić jedno i drugie, tylko na ile takiego samozaparcia wystarcza?

czwartek, 3 kwietnia 2008

Nowe, niekoniecznie miłe doświadczenia.

Wystawiałem dzisiaj mój pierwszy Death Certificate i Cremation Form. Wystawiając dokument o śmierci w Anglii trzeba być bardzo szczegółowym i precyzyjnym, inaczej biuro coronera odezwie się z prośbą o wyjaśnienia. A na co właściwie zmarł ten pacjent? Miał wiele chorób, ciężkie zapalenie płuc, udar, był starszy, jelita odmówiły współpracy i jeszcze złamał kostkę, a może coś jeszcze o czym nie wiemy? Może miał nowotwór płuc a zapalenie było tylko przykrywką? Ale czy warto robić sekcję, rodzina z pewnością jest przeciwna i czy ja przypadkiem nie fantazjuję? W papierach wszystko musi być jasno i klarownie.
Przed kremacją trzeba sprawdzić, czy to jest właściwy pacjent, czy na pewno nie żyje i czy nie ma przypadkiem rozrusznika serca, podobno strasznie strzelają w piecu kremacyjnym. Tak naprawdę sprawdzałem czy pacjent na pewno nie żyje, przecież gdy widziałem go ostatnim razem jeszcze żył. Wydawało mi się, że w jego przypadku możemy pomóc, okazało się, że jednak nie.
Jakby tego było mało na następny dzień musiałem przeprowadzić rozmowę z koronerem, okazało się, że trzeba zgłaszać do niego wszystkie złamania, pomimo, że nie było ono bezpośrednią przyczyną śmierci a wyłącznie okolicznością towarzyszącą. A koroner pyta dosyć szczegółowo, na wszystkie jego pytania nie byłem w stanie odpowiedzieć, a akta były już w archiwum, no cóż, trzeba je jakoś wydobyć.

Śmierć człowieka, nie dość, że przykra sama w sobie to jeszcze otoczona wielką stertą biurokracji. RIP

poniedziałek, 31 marca 2008

Praca goni pracę

Dzisiejszy dzień dał popalić, normalnie jest 3 house officerów i 5 senior house officerów dzisiaj po lunchu byłem tylko ja i dwóch SHO z czego jeden był on-call czyli na oddziale praktycznie 2 z 8.

Czasami, tak jak dzisiaj ilość lekarzy wydaję się być tak mała, że jest to potencjalnie niebezpieczne, i czasami paradoksalnie właśnie w ten dzień wszystko przebiega sprawnie i bezproblemowo. Miejmy nadzieję, że sytuacja gdy ilość pracy przekroczy możliwości dostępnej siły roboczej nie będzie się zdarzać zbyt często, a już tym bardziej nie przyniesie fatalnych w swoich skutkach konsekwencji.

czwartek, 27 marca 2008

Przed urlopem

Tydzień upłynął mi bardzo szybko, w związku z oczekiwaniem na niemalże dwutygodniowy urlop i wyjazd do Polski. Pracuję niemalże jako sekretarka, stosy papierów do wypełnienia, karty z lekami do przepisania, skierowania na rehabilitację itp. Oczywiście chciałbym, aby wszyscy pacjenci byli zdrowi, ale nie daję to wielkiej możliwości do zawodowego rozwoju. Jeden z moich pacjentów, starszy pan leżący długo w łóżku miał niewielki udar, pierwszy raz sam zdiagnozowałem i leczyłem udar, pierwszy raz oglądałem stopniowe powracanie sprawności w mówieniu i mimice twarzy, medycyna potrafi jednak pomagać.

wtorek, 25 marca 2008

Praca, praca

Kolejny tydzień minął mi szybko. Praca na moim oddziale sprowadza się głównie do roboty papierkowej i reagowania na pogarszających się pacjentów, ale dzieje się to sporadycznie. Miałem za to czas porobić trochę „swoich” rzeczy, asystować w dwóch operacjach i zrobić trochę zaległych rzeczy w związku z całym foundation programme. Jednego dnia dwóch pacjentów w jednym momencie zaczęło mieć sine nogi, trochę spanikowałem, ale po dopplerowym zbadaniu dopływu krwi okazało się, że wszystko jest dobrze, jeden z pacjentów powiedział, że jest to dla niego normalne i powinno zaraz ustąpić u drugiego nastąpiła poprawa po zmianie pozycji. Szybko nadszedł weekend, czas relaksu.

poniedziałek, 24 marca 2008

Radiologia ortopedyczna

Staż na ortopedii jest dużo bardziej „naukowy”. Normalnie jako stażyści mamy sporo obowiązków edukacyjnych, jednak tutaj dochodzą dodatkowe. Każdego ranka odbywa się „trauma meeting” – omówienie pacjentów przyjętych w związku z urazami poprzedniego dnia. Sprowadza się to do prezentacji obrazów radiologicznych, niestety nie tylko anatomia była dosyć dawno, ale dodatkowo nie miałem jej po angielsku, więc trochę to na razie kuleje, ale jest to pole do rozwoju osobistego. Mój Consultant nadzorujący Edukację to były wojskowy, wyznaczył mi ściśle określone cele do zrealizowania w ciągu stażu na ortopedii i często wzywa mnie do prezentacji zdjęć, jak tutaj mówią: learning through humiliation - nauka przez upokorzenie ;).

poniedziałek, 17 marca 2008

Papierkowy poniedziałek i szalony dyżur

Początek dnia przywitał mnie stosem papierów do przerobienia. A pielęgniarki cały czas tylko donosiły dodatkowe, uporałem się z tym wszystkim do 12.30.W międzyczasie okazało się, że nie dostanę urlopu wtedy kiedy chciałbym ,ponieważ ktoś inny już sobie zarezerwował, i to wtedy kiedy ja jeszcze tu nie pracowałem :/ Po spotkaniu edukacyjnym, znowu miałem sporo pracy, ledwo wyrobiłem się do 17. A wieczorem znowu byłem on-call. Dzień był szalony, w sumie 15 przyjętych nowych pacjentów (zazwyczaj jest 2-3). Starałem się robić najważniejsze, rzeczy, ale na pełne badanie czy sprawdzenie wyników badań nie wystarczyło już czasu. Na kolację niestety też nie. Jestem padnięty.

niedziela, 16 marca 2008

Pierwszy weekend w nowym miejscu

Kolega pierwszy raz miał weekendowy dyżur, zobaczyłem, że jest średnio zorganizowany, postanowiłem więc mu pomóc. Miałem w planach tylko zrobienie zakupów, więc myślałem że pomogę mu z dwie godzinki i pójdę kupić produkty do opustoszałej lodówki. Niestety na miejscu sytuacja okazałe się dosyć poważna. Kolega był sporo w plecy ze wszystkim, a i przecież dodatkowe zadania cały czas się pojawiają. No cóż, jutrzejsze śniadanie będzie wyjątkowo skromne i jutro wyruszę na zakupy. Strategia wrzucania młodych lekarzy na głęboką wodę nie wydaje mi się do końca słuszna, może to przecież stworzyć potencjalnie niebezpieczną dla pacjentów sytuację. Szczególnie zostawienie kogoś samego na weekendowy dyżur w pierwszym tygodniu jego pracy! Na szczęście z moją pomocą udało się opanować sytuacje.

niedziela, 24 lutego 2008

Pierwszy dzień na ortopedii.

Główny consultant z ortopedii powiedział mi, że jeśli załatwię wszystko przed 12 to mogę później robić co chcę, pod warunkiem oczywiście, że będę odpowiadał na wszystkie bleepy. Pierwszego dnia ledwo wyrobiłem się do 17, pracując na pełnych obrotach. Niezłe zamieszanie, jestem jedynym House Officerem (coś jak stażysta) na całym oddziale, więc pod mymi skrzydłami jest niecałe 30 pacjentów. W związku z tym pracy jest co niemiara, nawet samej roboty papierkowej, a o pobieraniu krwi, zakładaniu wenflonów czy decyzjach terapeutycznych nie wspominając.

Induction.

W związku z rozpoczęciem pracy na nowym oddziale miałem w końcu formalne wprowadzenie (po 2,5 miesiacach pracy ;) Cały dzień wypełniony wykładami na temt jak wszystko w szpitalu wygląda i powinno funkcjonować. Poznałem też nowych stażystów, między innymi Antony'ego z którym będę pracował na ortopedii. A na następny dzień musiałem przygotować krytyczną oceną artykułu, a jako, że badmintona nie mogłem sobie odpuścić, skończyłem wszystko o 3 w nocy. Normalnie jak na studiach ;)

środa, 20 lutego 2008

Busy times.

Pracy może być tylko więcej. Kiedy drużyna jest on-call i dodatkowo drugi stażysta z teamu jest on-call to może zrobić się gorąco. Ale można nauczyć się ważnych rzeczy: planowania, zarządzania czasem, zwiększania wydajności i ustalania priorytetów w dynamicznie zmieniających się warunkach. Umiejętności, które przydać się mogą w różnych sytuacjach życiowych, szczególnie kryzysowych.

poniedziałek, 11 lutego 2008

Dyżurowanie

Dzisiaj dodatkowo sam byłem on-call. Przez noc lista pacjentów trochę się wydłużyła, tak, że mieliśmy dziś ponad 25 osób. Oznaczało to potrzebę jeszcze większego zwiększenia wydajności pracy. A przyjmowałem dziś całkiem ciekawych pacjentów. Pierwszy z nich miał masywne krwawienie do moczu, sam mocz był ciemno-czerwony, pierwszy raz coś takiego zobaczyłem i muszę się przyznać, że trochę się wystraszyłem, na szczęście stan był dosyć stabilny, więc nie trzeba było podejmować żadnych drastycznych kroków. Inny pojawił się z bardzo bolesnym ropniem okołoodbytniczym, paskudna dolegliwość, niby banalne ale bardzo bolesne i utrudniające funkcjonowanie, zwłaszcza kiedy nawraca tak jak u niego. Przyjmowałem też dziś pierwsze dziecko. Młody chłopczyk z niecharakterystycznym bólem brzucha. Kiedy miałem mu pobrać krew, nawet już z niemałym trudem zlokalizowałem jakąś żyłę i gdy już miałem wbijać igłę chłopczyk spojrzał się na nią i rozpłakał wniebogłosy. Razem z mamą i pielęgniarkami uspokajaliśmy go prawie kwadrans i w końcu dało się go namówić, na szczęście też pobrałem wystarczającą ilość krwi już przy pierwszym wkłuciu.

niedziela, 10 lutego 2008

Pracy ciąg dalszy

Właśnie wróciłem z tygodniowego urlopu, no i jest nieźle. Okazało się, że drugi z moich konsultantów obecnie dyżuruje (=duża liczba pacjentów), których po tygodniowej przerwie w większości nie znam, dodatkowo jeden ze stażystów z mojej drużyny wziął właśnie urlop (=większa ilość pracy), jakby tego było mało jeden z chirurgów polubił mnie i chce mnie sporo nauczyć (co jest bardzo OK.), ale w związku z tym mam różne bonusowe zadania. Na szczęście mam już trochę doświadczenia, krew i wkłucia robię niemalże z zamkniętymi oczyma, i po prostu wiem gdzie, co i jak, także jakoś dajemy radę. Jest jeszcze kwestia tego, że moja partnerka z drużyny jest, hmm… Jest naprawdę dobrym stażystą, robi wszystko co ma do zrobienia a nawet więcej, tylko, że kiepsko się komunikuje i współpracuje, a przy takim obciążeniu „robotą” zdolność do pracy w drużynie jest bardzo, bardzo istotna.

Operacje chirurgiczne.

Na pewno nie chcę być chirurgiem. Asystowałem dziś z rana zaraz po obchodzie przy jednej operacji. Wszystko miało być proste, przepuklina w ranie pooperacyjnej, niewielka, nawet słabo wyczuwalna. Ale po otworzeniu i wypreparowaniu wszystkiego okazało się , że jest całkiem spora, operujący chirurg był w stanie włożyć całą pięść przez jej pierścień. Oznaczało to oczywiście wydłużenie czasu operacji, na dodatek co jakiś czas drobne naczynia krwawiły dosyć obficie i trzeba je było wszystkie zamykać. Po ponad 3 godzinach bolały mnie już plecy, być może wynikało to z nieprawidłowej pozycji jaką przyjmowałem, albo zbytniego napinania mięśni, nie jestem pewien; wiem za to, że nie chcę być chirurgiem, niektóre operacje trwają przecież znacznie dłużej.

sobota, 9 lutego 2008

Wrażenia.

Większość z tego co dzieje się w międzyczasie jest już normalką, przyzwyczaiłem się do tego i jest już trochę spokojniej. Ale w medycynie zawsze są jakieś niespodzianki. Wczoraj, na kolejnym 13 h ostrym dyżurze przyjmowałem jednego pacjenta, dosyć skomplikowany, do nas zgłosił się z bólem brzucha, zlokalizowanym głównie wokół jego okołopępkowej przepukliny, ale gdy odsłoniłem jego nogi, aby zbadać tętno zobaczyłem coś niesamowitego. Jego nogi, głównie kostki i podudzia były olbrzymio obrzęknięte, dodatkowo prawa była strasznie zaczerwieniona, muszę przyznać, że coś takiego widziałem jedynie w podręcznikach, ale nie przez 6 lat studiów medycznych czy później w trakcie pracy.

Nie ma tu zbyt wielu Polaków, zupełnie inaczej niż w Londynie przeważają tutaj typowi WASPS (white anglo-saxon protestants), z tego co wiem w szpitalu pracuje jeszcze dwójka polskich lekarzy, ale poza potomkami rodzimych emigrantów sprzed lat, nie miałem styczności z żadnymi polskimi pacjentami, do dzisiaj... Byłem już właściwie po pracy, ale dokańczałem jakieś papierkowe szczegóły i gdy miałem wychodzić pielęgniarki poprosiły mnie, abym wytłumaczył parę kwestii rodakowi. Wcześniej słyszałem, że była jakaś operacja pękniętej śledziony z całym mnóstwem krwi, ale nie znałem dokładnych szczegółów. Okazało się, że rzeczywiście parę kwestii wymagało wyjaśnienia, wytłumaczyłem kwestię PCA, fakt zacewnikowania i braku potrzeby wołania siostry w sprawie kaczki, jak i to co się stało i stanie w niedługim czasie. Jakimś dziwnym trafem, zostałem troszkę dłużej i przydałem się nawet bardziej niż zazwyczaj, i jakieś takie poczucie satysfakcji z niesienia pomocy nawet większe ;)

piątek, 8 lutego 2008

Kolejny tydzień.

W związku z szalejącą epidemią wirusowej biegunki i wymiotów oddział ucichł jeszcze bardziej. Nie ma planowych przyjęć, wyłącznie bardzo ciężkie przypadki. Odwołane zostały również wszystkie planowe zabiegi, panuje więc cisza i spokój. Dla mnie była to sytuacja idealna w związku z wizytą dziewczyny, mogłem spędzić z nią troszkę więcej czasu. Jedna z pacjentek niestety odeszła, miała zaawansowany, nieoperacyjny nowotwór i na dodatek odmawiała przyjmowania jedzenia i picia oraz wyrywała sobie wszystkie wenflony. Niestety, nie każdemu można pomóc. Pod koniec poprzedniego tygodnia byłem zapytać się w kadrach o moją przyszłość, obecny kontrakt mam wyłącznie na 2,5 miesiąca i jeśli nie dostanę przedłużenia to muszę znowu szukać czegoś innego. We wtorek po południu sprawdziłem wewnętrznego, szpitalnego e-maila i okazało się, że w środę rano mam interview w sprawie kolejnego postu na chirurgii. Trochę się w związku z tym zestresowałem, wiedziałem, że są jeszcze inni kandydaci, a nie byłem pewien co do ilości miejsc. Rozmowa okazała się być jednak bardzo w porządku, referencje jakie wystawili mi konsultanci były widocznie pozytywne, mam pracę przynajmniej na następne 6 miesięcy, będę się mógł w dalszym ciągu dzielić moimi przeżyciami.

czwartek, 7 lutego 2008

Piątek. Kolejny on-call.

Muszę przyznać, że mam szczęście, miałem przez cały dzień do przyjęcia tylko jedną pacjentkę. Prezentowała typowy zespół CREST, a do nas zgłosiła się ze względu na ból prawdopodobnie niedokrwionego palca. Pomimo, że mówiła, iż BARDZO trudno pobrać od niej krew, udało mi się to za pierwszym razem, sam się zdziwiłem, robię się w tym coraz lepszy. Na oddziale też spokojnie, trochę ze względu na panującą epidemię wirusowej biegunki a trochę też ze względu na niewielką liczbę pacjentów. Jedna pani, która myślałem, iż nie przetrwa świąt ma się coraz lepiej, jeszcze jakiś czas temu nie do pomyślenia. Mam suchą skórę od wcierania w ręce alkoholowego żelu odkażającego, ale lepsze to niż ciężka biegunka. Tradycyjnie już, gdy dyżuruję do 17, o 16.55 odzywa się bleep - to dzwoni GP (brytyjski odpowiednik lekarza rodzinnego), że ma do przekazania pacjenta, prawdopodobnie z zapaleniem wyrostka. Dlatego dyżurując nigdy nie opuszczam szpitala przed punkt 17, ale pacjentem zajmie się już zmieniający mnie stażysta. Pora rozpocząć kolejny weekend, chyba wybiorę się na wycieczkę do Southampton.

poniedziałek, 4 lutego 2008

Ponoworoczny Czwartek.

Trochę się rozchorowałem podczas przerwy sylwestrowej, tak jak zresztą pacjenci na oddziałach (wirusowa biegunka atakuje ze zdwojoną mocą) ale mimo wszystko odpocząłem. W związku z epidemią zaostrzono wymagania higieniczne, żele odkażające leżą teraz na każdym kroku, sale są pozamykane i odwiedziny ograniczone, trochę jak w jakimś filmie o niebezpiecznym wirusie. Dzień przebiegał spokojnie, szkolenie z radiologii, obchód i później przyjmowałem pacjentów na zabiegi jednodniowe, trochę czasu mi to zabrało, ponieważ było ich całkiem sporo i zajmowałem się nimi tylko ja. Lunch jadłem będąc już mocno głodnym, ale reszta dnia przebiegała wyjątkowo łagodnie. Jutro kolejne piątkowe on-call.

niedziela, 3 lutego 2008

Piątek.

Ostatni dzień przed kilkudniowym okołosylwestrowym urlopem, miałem nadzieję, że w końcu będzie przebiegał spokojnie, ale nie wiem dlaczego już na początku dnia zgodziłem się zamienić dyżury wieczorne, tak, że to dzisiaj ja będę pracował do 21. Dzień był pracowity nie mniej niż ostatnio, ale podzieliliśmy się zadaniami i jakoś wszystko poszło, bo tak naprawdę mieliśmy tylko dwie bardzo poważnie chore pacjentki. Jedna z nich, którą opisywałem uprzednio, miała się trochę lepiej, chociaż po zmianie wkłucia centralnego wpadła w drgawki, jak to ocenił mój registrar, w związku z przejściowym zwiększeniem ilości bakterii we krwi, po jakimś czasie wszystko ustąpiło, więc może miał rację. Była jeszcze druga pacjentka, z nieciekawą historią i równie nieciekawym rokowaniem. Miała historię raka nosogardzieli, po którym miała sztuczny plastikowy nos, dodatkowo niedawno przechodziła operację raka pęcherza, po której zdecydowała się nie kontynuować leczenia (zalecanej chemio- lub radioterapii). U nas pojawiła się z dwoma guzami w pachwinach, które wyglądały jak obustronna przepuklina, okazały się jednak być powiększonymi guzami chłonnymi (prawdopodobnie przerzutowymi) i dodatkowo była bardzo wychudzona. W trakcie dnia wezwała mnie jedna z pielęgniarek, ponieważ pacjentka praktycznie nic nie piła (wszystko zwracała) i była bardzo odwodniona. Postanowiłem podawać płyny dożylnie, trzeba też było sprawdzić wszystkie wyniki. Użyłem najlepszej żyły do wkłucia, więc krew uzyskać było dosyć ciężko, ale jakoś się dało; przetaczamy płyny i zobaczymy co będzie dalej. W międzyczasie mąż został poinformowany o ciężkim stanie żony i o podejrzewanej diagnozie. Godzina 17, gdy miałem zostać na oddziale sam zbliżała się nieubłaganie, a ilość pracy wcale się nie zmniejszała. Drużyna urologiczna poinformowała mnie, że przybędzie jedna pacjentka, przyjąłem więc ją, pobrałem krew, skierowałem na prześwietlenie i przepisałem leki, wyglądała nieciekawie, ale registrar nie chciał jej obejrzeć, zanim nie będzie wszystkich wyników. Znowu wezwała mnie pielęgniarka z sąsiedniego oddziału, wspominana wcześniej pacjentka dalej nie wytwarzała moczu. Nie wyczuwałem pęcherza, podejrzewałem więc ostrą niewydolność nerek, zważywszy na jej ogólny ciężki stan, kiepska sprawa. Ale za namową starszego stażem kolegi postanowiłem przepłukać cewnik i na szczęście okazało się, że widocznie był gdzieś zatkany, ponieważ mocz zaczął cieknąć, czyli problem znacznie mniejszy niż mi się wydawało. Wróciłem do przyjmowania pacjentki, gdy dostałem zadanie specjalne od registrara, jedna pacjentka gorączkowała, trzeba więc było pobrać krew na hodowlę bakterii. Nie miała zbyt przystępnych żył a i ilość krwi potrzebna jest znaczna, w związku z tym sporo się oboje (ja i pacjentka) namęczyliśmy. 21.30 i przyszedł zmieniający mnie lekarz, jakoś uporałem się z wszystkimi zadaniami, przekazałem więc tylko o których pacjentów się niepokoję i na co musi zwrócić szczególną uwagę. Tak, muszę odpocząć.

sobota, 2 lutego 2008

Poświąteczny czwartek.

Nigdy nie wiadomo, co jest nam pisane, pacjentka, która wyglądała tak kiepsko chociaż dalej ciężka to jakoś się trzyma, natomiast inna, która wyglądała jeszcze w poniedziałek całkiem ok, zmarła wczoraj w nocy; nie znasz dnia, ani godziny :/ Dodatkowo rano dowiedziałem się, że znowu jestem on-call, trochę mnie to zdziwiło, bo jeszcze nie zdążyłem się otrząsnąć po poprzednim dyżurze, ale cóż, takie życie. Cały czas mój konsultant jest on-call, więc wszyscy nowi pacjenci trafiają do nas i w związku z tym obchód strasznie się przeciąga. Jedna z pacjentek znowu wróciła, wyglądała kiepsko, znacznie gorzej niż ostatnio, chociaż mówiła coś pod nosem, że jest dobrze. Dodatkowo mój bleep zaczyna się odzywać, lekarze pierwszego kontaktu chcą bym obejrzał kilku pacjentów, ok. w końcu jestem on-call. Pierwsza pacjentka z bólem brzucha, trochę niepokoi mnie to, że mogę wyczuć u niej pulsującą aortę brzuszną, zwłaszcza po ostatnich przypadkach ogromnych tętniaków aorty, doprowadzających pacjentów do wykrwawienia się. Może jestem przeczulony, bo registrar on-call nic nie podejrzewa. Później pani z bólem brzucha i zawrotami głowy, wyglądała trochę dziwnie, ale wyniki i zdjęcia wyglądają ok., więc została wysłana do domu. Jeden z pacjentów został odesłany dużo wcześniej, miał trochę spuchniętą ranę pooperacyjną, bez żadnych znaków zakażenia, więc nie ma sensu trzymać go na oddziale. Później zjawił się jeszcze pacjent z bolesnym brzuchem, biegunką i krwawiący z odbytu. Załatwienie wszystkich potrzebnych rzeczy zabrało sporo czasu, postanowiłem wraz z kolegą z drużyny podsumować wypełnione zadania, gdy zauważyłem, że wykreśla z naszej listy jedną z pacjentek, domyślałem się co się stało, potwierdził skinieniem głowy. RIP.

sobota, 26 stycznia 2008

Poniedziałek, Wigilia.

Spodziewałem się, że będzie dosyć busy, bo nasz konsultant dyżuruje, co oznacza, że wszyscy nowi pacjenci stają się automatycznie naszymi pacjentami. Dodatkowo trzy bardziej doświadczone osoby z drużyny wzięły świąteczny urlop, co automatycznie zwiększa ilość pracy przypadającą na jedną osobę.

Jeszcze przed obchodem jedna z pielęgniarek zaalarmowała mnie, że jedna pacjentka znacznie się pogarsza. Pani miała niedawno wykonaną paliatywną operację na raka żołądka (co oznacza, że nowotwór był niemożliwy do wycięcia i próbowano tylko przywrócić drożność przewodu pokarmowego), wczoraj czuła się trochę gorzej, ale była w kontakcie i wyniki badań krwi również były ok. Ale teraz saturacja się pogarsza, trzeba dać jej do wdychania tlen, zbadać krew tętniczą i zrobić prześwietlenie płuc. Po załatwieniu wszystkiego rozpoczął się obchód, dosyć długi, ponieważ większość pacjentów była obsługiwana przez naszą zmniejszoną liczebnie drużynę. I nie wiem dlaczego były dwa obchody, wstępny z dyżurującym lekarzem w trakcie specjalizacji i drugi z konsultantem, trochę to trwało i zostało po wszystkim sporo do zrobienia, trzeba ustalić priorytety i podzielić się zadaniami – najpierw pacjenci, którzy mają być operowani i Ci ciężej chorzy, później reszta krwi do pobrania, zlecanie badań i papierkowa robota. Z najważniejszymi rzeczami udało się uporać do godziny 15 – i znowu jestem potwornie głodny, więc szybki lunch. Wydawało mi się, że uporaliśmy się ze wszystkim i pozostało już tylko trochę papierkowej roboty, odesłałem więc kolegę aby pakował się i jechał do domu na święta. Wtem odezwał się pager – to sąsiedni oddział, wcześniej wspominana pacjentka po początkowym poprawieniu się znacznie się pogarsza. Wyniki badań wskazywały na zapalenie płuc, ale może dodatkowo ma jeszcze zawał? Okazało się, że laboratorium „zapomniało” zrobić zleconych badań, akurat dla tej pacjentki, tragedia. Ciśnienie znacznie spada, trzeba szybko przetoczyć płyny, ale też uważać, żeby nie przedobrzyć, bo obrzęk płuc nałożony na zapalenie nie da dużych szans. Sytuacja jest szczególna, mój konsultant rozmawiał z rodziną i w sytuacji zatrzymania krążenia – Nie Reanimować, ale wcześniej, pełne aktywne leczenie. Sytuacja trochę się ustabilizowała, ale chyba nie każdemu dane będzie przeżycie tych świąt. Po takich dwóch dniach jestem wykończony, czasem walczymy do końca w z góry przegranej sytuacji. Czy jest granica w ilości włożonych rurek, przetoczonych płynów i podanych leków? Z drugiej strony czasem udaje się uzyskać graniczącą z cudem wręcz poprawę w bardzo ciężkiej sytuacji, czego z okazji świąt. życzę zarówno Wam jak i sobie.

A wigilijna kolacja - chińszczyzna z mikrofalówki, bo sam niemalże umierałem już z głodu.

piątek, 25 stycznia 2008

Pierwszy całodzienny, weekendowy on-call.

Niezła masakra, ale jak na razie jestem zbyt zmęczony aby to wszystko opisać.

Przedświąteczna Niedziela, więc jestem na oddziale, a właściwie na dwóch sam, dodatkowo pierwszy raz dyżuruję od 8 rano do 21, ale na poprzednich dyżurach miałem szczęście do niewielkiej liczby przyjmowanych pacjentów, więc powinno być OK. Tak…, był to prawdziwy chrzest bojowy, praca na pełnych obrotach przez praktycznie 95% czasu, ale jako rzecze przysłowie, co mnie nie zabije to mnie wzmocni ;)

Poranny obchód w takiej sytuacji obejmuje wszystkich pacjentów na obydwu oddziałach a nie tylko pacjentów mojej drużyny (co Ci ludzie robią w szpitalu przed świętami, muszą być bardzo cierpiący, że akurat teraz tu przychodzą) trwał więc wyjątkowo długo, ale prawdziwa zabawa rozpoczęła się dopiero po nim. Co miałem zrobić? Czekało kilkanaście krwi do pobrania, kilka wenflonów do założenia, skierowania na badania dodatkowe, plus co chwilę pielęgniarki prosiły o wypisanie jakichś leków, płynów czy czegoś innego – w końcu byłem jedynym uprawnionym do tego na oddziale. Oczywiście jakby tego było mało pojawili się pacjenci do przyjęcia a lista zdań do wykonania, którą zrobiły mi pielęgniarki tylko rosła. A jak tu pobrać krew od pacjentki ważącej 35kg z cieniutkimi żyłkami? Miałem szczęście, że jedna z sióstr zrezygnowała ze swojego obiadu, dzięki czemu na króciutkiej przerwie miałem co jeść. Skierowania na prześwietlenie wypisywałem prowadząc pacjenta na radiologię itd. Okazało się, że dodatkowo muszę osobiście podać pacjentowi dożylny kontrast i obserwować czy przypadkiem nie wpada we wstrząs (przynajmniej znalazła się chwila na wypicie kawy uprzejmie zrobionej przez panią radiograf). Starałem się na bieżąco uporać z narastającymi problemami, ale nie było widać końca. Zazwyczaj jem jakiś posiłek co 3-4 godziny, ale byłem tak zajęty, że nie zauważyłem kiedy zaczęła zbliżać się 21. Na szczęście udało się załatwić znaczną większość rzeczy, które były do zrobienia i mogłem spokojnie przekazać pozostałe sprawy zmieniającej mnie koleżance. Napięcie opadło i odezwał się żołądek, cudowne wynalazki ludzkości – mikrofalówka, prysznic, łóżko.

czwartek, 24 stycznia 2008

Tydzień czwarty.

Przebiegał wyjątkowo spokojnie, jako że wszyscy szykowali się do zbliżających się świąt, co oznaczało bardziej wypisywanie pacjentów do domu niż przyjmowanie na oddział. Podczas mojego wtorkowego dyżuru, bleep odezwał się pierwszy raz o godzinie 8:01, pomyślałem sobie, no to ładnie, teraz się zacznie… Okazało się, że jednemu z pacjentów podczas nocy wypadł wenflon i trzeba było założyć nowy. Pomimo, iż był dosyć otyły i nie miał rewelacyjnych żył udało mi się to za pierwszym razem. A cała reszta dyżuru? Bleep odezwał się już tylko dwa razy, na około piętnaście minut przed zakończeniem pracy, oznaczało to tylko tyle, że muszę przekazać wszystkie dane zmieniającemu mnie stażyście, a sam tak naprawdę nie przyjąłem żadnego pacjenta. Taka karma ;) Cały tydzień upłynął pod znakiem przeziębienia, które męczyło nie tylko mnie, ale sporą część osób w szpitalu. Niby typowe dla zimy, ale jest tu znacznie cieplej, myślałem więc, że tu się nie choruje. Dodatkowo na dwóch z oddziałów wystąpiła epidemia wirusowej biegunki, wszyscy pracownicy w związku z tym czyścili ręce nawet częściej niż potrzeba. W niedzielę mój pierwszy on-call do godziny 21, nie dość, że będę sam to dłużej niż zazwyczaj, zobaczymy co będzie się działo.

niedziela, 6 stycznia 2008

Czwartek i Piątek

Nie były już tak ekscytujące, upłynęły pod znakiem długich obchodów, dużej liczby pacjentów, bolących po badmintonie ud i pośladków i wyczekiwania na zakończenie tygodnia. Oczywiście były do rozwiązania różne problemy, jak złe samopoczucie niektórych pacjentów, konieczności zmiany leków czy różne formalne rzeczy, ale chyba powoli przyzwyczajam się do takiej pracy. W piątek asystowałem też przy amputacji nogi jednej z moich pacjentek, druga amputacja w tak niedługim czasie. W przyszłym tygodniu na szczęście żaden z moich konsultantów nie dyżuruje, może będzie odrobinę mniej pracy i dokładniej będzie można zająć się każdym z pacjentów. W piątek szykowały się od dawna zapowiadane urodziny jednego ze stażystów z mojego oddziału, ale to już zupełnie inna historia…

piątek, 4 stycznia 2008

Środa.

Owszem medycyna czyni cuda, ale czasem jest bezsilna. Dowiedziałem się, że pomimo wszystkich wysiłków, szybkiej operacji i bezpośredniego masażu serca pacjentka niestety zmarła. A tymczasem pacjentów przybyło, i to z dosyć złożonymi problemami. Sam obchód, w trakcie którego staraliśmy się zlecać wszystkie potrzebne badania trwał niemalże do 13 (wliczając drużynową naradę co robić przy kawie). Po takim obchodzie człowiek już czuje się wyczerpany, a to przecież jeszcze nie koniec pracy. Przy takiej ilości pacjentów człowiek się odmóżdża. Tak naprawdę całą środę czekałem na zakończenie pracy, ponieważ wieczorem byłem umówiony na mój ulubiony sport – badminton.

czwartek, 3 stycznia 2008

Wtorek. Oh yes, there will be blood.

To co działo się do 16.45 nie jest godne opisywania, zwykła praca: zlecanie badań, pobieranie krwi, wypisywanie leków etc Na kwadrans przed końcem pracy rozpętało się piekło. Pacjentka, która wcześniej krwawiła z odbytu, zaczęła obficie wymiotować krwią, była to zarówno zakrzepła jak i świeża krew, czegoś takiego jeszcze moje oczy nie widziały. Miała szczęście, że wcześniej miała przygotowane wkłucia i krew do przetoczenia, w związku z krwawieniem z odbytu. Szybko przybył dyżurujący anestezjolog, tak, że udało się uzyskać kolejne dostępy do światła żył. Zanim dotarła krew, trzeba było błyskawicznie podać jej płyny i uwolnić ją od potwornego bólu. Co prawda cała scena była zakryta kotarą, jednak bez wątpienia pozostali pacjenci wiedzieli co się obok dzieje. A pacjentka pomimo płynów i leków cały czas się pogarszała. W pewnym momencie padła decyzja, aby wezwać drużynę odpowiedzialną za resuscytację, na wypadek zatrzymania krążenia. Wszyscy biegali nerwowo wykrzykując i starając się pomóc jak tylko można. Na mnie cała sytuacja zadziałała dosyć paraliżująco, pierwszy raz miałem do czynienia z czymś tak poważnym, oczywiście wypełniałem wszystkie polecenia, ale funkcja logiczne myślenie została zasadniczo ograniczona. Trzeba było odwołać helikopter zamówiony wcześniej dla pacjentki i przygotować szybko salę operacyjną. Po przetoczeniu kilku litrów płynów i dwóch jednostek krwi, podaniu tlenu i leków, czyli po jakimś pół godziny zmagań pacjentka względnie się ustabilizowała i można ją było zabrać na salę operacyjną. Medycyna potrafi czynić cuda.

wtorek, 1 stycznia 2008

Tydzień trzeci, Poniedziałek.

Po weekendzie , w związku z tym, że nasz Konsultant dyżurował, przybyła cała rzesza nowych pacjentów, na dodatek rozrzuceni po różnych oddziałach, sam obchód zajął jakieś półtora godziny, a na dodatek byłem on-call… Po jakimś czasie uporaliśmy się jakoś z wszystkimi problemami pacjentów, kiedy dowiedziałem się, że jeden z pacjentów podczas weekendu zmarł. Było to dosyć szokujące, ponieważ co prawda miał rozległą operację, ale przed nią poza nowotworem był całkiem zdrowy, sam go zresztą badałem przy przyjęciu. I wydawało się, że jest w coraz lepszym stanie po operacji, ale trudno, trzeba się z takimi rzeczami jakoś pogodzić i starać się pomagać następnym pacjentom. Pierwszy raz tego dnia zadzwonił mój bleep, jakaś pacjentka z martwiczą stopą cukrzycową, miała silne bóle i pieczenie, kazałem więc ją przysłać na izbę przyjęć. Stopa nie wyglądała tak źle jak się spodziewałem, ale pani wyraźnie cierpiała, i to z wielu powodów, na dodatek miała bardzo wysoki cukier, trzeba było jej pomóc, kawałek po kawałku. W międzyczasie dostałem telefon z prośbą aby przyjąć kolejną pacjentkę. Z pomocą mojego Registrara, zdecydowaliśmy, aby wysłać pierwszą panią do domu, ponieważ sprawdzony Dopplerowo dopływ krwi do stopy był zadowalający i w związku z tym trzeba było przede wszystkim zadziałać na poziom cukru i ból. Drugą pacjentkę jednak trzeba było przyjąć na oddział, miała bóle i narastającą żółtaczkę, trzeba było zrobić jej dokładniejsze badania. Cała robota z przyjęciem pacjentki na oddział, zbadaniem, pobraniem próbek krwi i przepisaniem leków zajęła mi sporo czasu, zorientowałem się, gdy było już godzina po wyznaczonym końcu mojego dyżuru, musiałem więc przekazać wszystkie moje sprawy zmieniającemu mnie stażyście. Uff, jakoś udało się przeżyć ten dzień.

niedziela, 30 grudnia 2007

Piątek, dzień dziewiąty.

Na oddziale pozostawało niewielu moich pacjentów, miało być więc raczej spokojnie, ale... Po obchodzie okazało się, że dzisiaj on-call jest moja koleżanka z teamu, co automatycznie podwaja ilość pracy przeznaczonej dla jednego stażysty. Było całkiem sporo papierkowej roboty, zabrałem się za wypisy, chociaż nie do końca znałem pacjentów i w związku z tym musiałem dokładnie przeglądać całą dokumentację, po czym i tak mój konsultant naniósł swoje poprawki, więc musiałem robić wypis jeszcze raz. Inne drużyny na moim oddziale miały sporo nowych pacjentów, więc próbowałem pomóc im w zakładaniu wkłuć dożylnych, próbowałem, ponieważ nie jestem w tym zbyt dobry, a i nowi pacjenci nie mieli rewelacyjnych żył. Podobno praktyka czyni mistrza, zobaczymy więc jak to będzie z wkłuciami za jakiś czas. W międzyczasie miałem wizytę pani nadzorującej przepisywane leki, nie podobał się jej sposób w jaki przepisałem antybiotyki, jeszcze gorsza była późniejsza rozmowa z mikrobiologiem, który władał mocno hinduskim angielskim, (którego zrozumienie jest dla mnie momentami ciężkie) i denerwował się, że nie zapisuję wszystkiego co on mówi. Po jakimś czasie zauważyłem, że oddział opustoszał, znowu jest jakieś szkolenie, o którym nikt mnie nie poinformował. Na szkoleniu omawiane były błędy przy wypisywaniu leków (oups, nie tyko ja mogę je zrobić) oraz przyczyny zgonów pacjentów leczonych na oddziale w ostatnim czasie, ze szczegółową analizą tego, czy można było ich uniknąć. Później jeszcze trochę roboty papierkowej, i już miałem wychodzić na upragniony odpoczynek (tak jak zrobili to wszyscy inni stażyści, w końcu piątek ;)), gdy pielęgniarka oddziałowa poprosiła mnie bym zebrał zgodę na znieczulenie od pacjentki do jutrzejszej operacji, ponieważ okazało się, że chirurdzy zebrali zgodę jedynie na sam zabieg. Takie coś powinien robić ktoś starszy stażem, ale ani anestezjolodzy nie chcieli się tego podjąć, nie było też nikogo starszego stażem z mojej drużyny. Na szczęście dyżurujący chirurg zgodził się to zrobić, mogłem więc spokojnie rozpocząć swój weekend.

czwartek, 27 grudnia 2007

Czwartek, dzień ósmy.

9 godzin pracy na oddziale mija coraz szybciej. Dziś po krótkim obchodzie poszliśmy na szkolenie z radiologii. Po nim trzeba było pobrać próbki krwi i załatwić różne badania i konsultacje, szczególnie dla pacjentki, która miała mieć dziś amputację. Kilku naszych pacjentów opuszczało lub opuszcza niedługo szpital, trzeba więc było również zająć się ich wypisami i lekami do domu. W międzyczasie zjawił się jeden z chirurgów z zadaniem specjalnym, aby znaleźć wyniki histopatologii wyrostka, który pomagałem mu wyciąć. Oczywiście nie pamiętał żadnych danych pacjenta, zadanie było więc podwójnie specjalne, ale ja miałem nie dać rady? Po drodze z powrotem spotkałem koleżankę, z którą byłem na interview, i okazało się, że jednak obydwoje pracujemy teraz w tym samym szpitalu. Długo nie przybywały wyniki pacjentki przed operacją, zrobiłem jej EKG i okazało się znacznie lepsze w porównaniu do tego z poprzedniego dnia. Niestety jej wenflon się rozkleił i trzeba było wykonać nowe wkłucie, aby kontynuować podawanie płynów, nie było to zadanie łatwe, dlatego pomógł mi jeden z bardziej doświadczonych kolegów. Później przyszły wyniki, które w dalszym ciągu nie były zadowalające i wymagały dalszej interwencji. Później niestety okazało się, że amputacja zostaje przełożona na następny dzień, ponieważ jedna z pacjentek wymagała szybkiego przewiezienia jej do Londynu w towarzystwie anestezjologa. Niestety są rzeczy, których przeskoczyć nie można, nikt z nas nie jest bogiem.

środa, 26 grudnia 2007

Środa, dzień siódmy.

Kolejny pracowity dzień, i to większość nad jedną pacjentką. Zaczęło się od tego, że nikt nie miał ochoty zrobić ze mną obchodu. Stażystka z drużyny, była on-call, jeden ze specjalizujących się lekarzy miał dyżur nocny, i wybrał się prędko do domu, a starsza stażem stażystka poszła asystować na salę operacyjną. Kiedy przybył w końcu drugi chirurg, bardzo pośpiesznie przeleciał po wszystkich pacjentach, na tyle szybko, że nie zdążyłem wszystkiego zanotować i wysłał mnie bym zbierał zgody na endoskopię. Musiałem później załatwić jeszcze formalności w medycynie pracy i wróciłem na oddział. Dotarły wyniki pacjentki do amputacji nogi, miała wysoki potas (grozi zaburzeniami rytmu serca) oraz inne wyniki wskazujące na to, że nerki nie pracują super sprawnie, dodatkowo są ograniczenia odnośnie znieczulenia do operacji w związku z wszystkimi lekami jakie przyjmuje. A trzeba było przepisać jej kolejne w związku z dalszym nasileniem bólu. Trzeba było zrobić jej EKG, niestety w związku z bólem pacjentka się poruszała, zapis przypominał jednak charakterystyczny dla wysokiego poziomu potasu. Później przyszły jeszcze wyniki z mikrobiologii, najlepiej było zastosować penicylinę, ale niestety pacjentka jest na nią uczulona. Trzeba się było tym wszystkim zająć. W międzyczasie dostałem do wypisania leki dla pacjentów, którzy wychodzą z oddziału, i to też okazało się nie być wcale łatwą sprawą, w związku z ich ilością, zmianami dawek i ograniczeniami formalnymi. Później trzeba było sprawdzić jak moja główna pacjentka zareagowała na przepisane płyny, niestety w tym celu trzeba pobrać od pacjenta krew, co nie zawsze jest łatwe, tak jak i w tym przypadku. Jakoś jednak udało pobrać niepełny pojemnik przeznaczony do pomiaru elektrolitów, nie będąc pewien czy krwi wystarczy wysłałem ją specjalną tubą do laboratorium, z uwagą, żeby puścili mi bleepa, gdy krwi będzie niewystarczająco. Formalnie skończyłem już pracę, ale czekałem, czekałem na jakiś wyrok, albo wyniki, albo bleepa, że krwi jednak nie było wystarczająco. Po jakimś pół godziny wyniki pojawiły się w systemie, potas choć dalej troszkę podwyższony, ale podążał we właściwym kierunku. W takim razie robię dalej to co trzeba.

Tydzień Drugi. Wtorek, dzień szósty.

W poniedziałek wziąłem sobie wolne w związku z moimi urodzinami i wizytą w Londynie. Wtorek zaczął się dosyć nietypowo, ponieważ zaraz po obchodzie poszedłem asystować w operacji, a dokładniej to trzymać kamerę przy laparoskopowym usunięciu pęcherzyka żółciowego (tzw. woreczka). Zaraz po tym wróciłem na oddział, gdzie życie przebiegało stosunkowo spokojnie, mój konsultant zlecił abym pobrał krew i podał odpowiednie płyny w przypadku jakichś nieprawidłowości. Poszło wszystko wyjątkowo sprawnie, i później już zagłębiałem się w badania pacjentów. Ale jednak dzień przyniósł coś znaczącego, jakieś nowe doświadczenia jako lekarz.
Jedna z pacjentek mojej drużyny, której nie znałem zbyt dobrze, ponieważ od momentu mojego przybycia na oddział, wiedziałem, że oczekuje na przeniesienie do ośrodka opieki. Otóż ta pacjentka uskarżała się poprzez pielęgniarkę na nasilenie jej bólu. Obejrzałem jej stopę, poza nie gojącymi się owrzodzeniami, miała martwe końce palców i rany na jej stopie zmieniały barwę z żółtej na zieloną. Ta stopa gnije, obumiera – pomyślałem – dlaczego zatem pacjentka uskarża się tylko na ból? Dlaczego nikt, nic z tym nie zrobi? Okazało się, że pani odmawia poddania się operacji amputacji, pomimo, iż wie, że brak operacji ją niedługo zabije. Boi się, że będzie to zbyt duży ciężar dla jej córki :/ A co do samego bólu, wybór środków bardzo się zawęża, ponieważ źle reaguje na morfinę i inne opiaty, i nawet nie chodzi o to, że wymioty, zwolnienie oddechu czy zatwardzenia, po prostu halucynuje i odmawia wszelkich opioidów. Z drugiej strony NLPZ nawet z koanalgetykami już nie wystarczają, a tak naprawdę to konieczna jest operacja. Sytuacja niemalże bez wyjścia. Porozmawiałem z nią i obiecała mi porozmawiać z córką na jej wizycie.
Reszta popołudnia upłynęła całkiem spokojnie, głównie na papierkowej robocie. Wyniki badań krwi, które wcześniej pobierałem okazały się dobre, chociaż pacjentkę znowu dopadł silny skurczowy ból. Pod koniec wieczoru wyszedłem chwilkę na zewnątrz, gdy dostałem bleepa z oddziału. Pacjentka zdecydowała się na operację, choć teraz wymaga jeszcze zwiększenia dawek leków przeciwbólowych.

sobota, 22 grudnia 2007

Dzień Piąty.

Pierwszy on-call day. Więc o co w tym całym „on-call” tak naprawdę chodzi, że wszyscy tak panikują na sam dźwięk tego słowa? Generalnie chodzi o to, że poza zwykłymi pacjentami, którymi się zajmujesz masz jeszcze bonusowych. Otóż dzwonią do Ciebie GP (lekarze rodzinni) i mówią, że mają takiego i takiego pacjenta, żeby go zbadać chirurgicznie, prosisz aby wysłać pacjenta na A&E (Accidents and Emergency). Ty organizujesz dla pacjenta łóżko i po jego pojawieniu się badasz go, pobierasz krew/zakładasz wenflon, wypisujesz płyny i leki, później kontaktujesz się z dyżurującym lekarzem, który jest starszy stażem, aby go obejrzał i zdecydował o dalszym postępowaniu, później oczywiście zajmujesz się tym pacjentem na oddziale. Jest to bez wątpienia dużo więcej roboty niż dyżur podczas stażu w Polsce. Szansa wezwania na A&E przynajmniej kilkukrotnie w ciągu dyżuru była duża, a prawdopodobieństwo braku wiedzy o tym, co należy zrobić, znacznie większe.
Mój pierwszy dyżur przebiegał na szczęście dosyć spokojnie, zajmowałem się swoimi pacjentami i przyszedł pierwszy pacjent przeniesiony z interny w związku ze zmianami stwierdzonymi podczas gastroskopii. Musiałem upewnić się, że będzie miał wykonane zlecone wcześniej TK, przepisać mu płyny i zająć się nim dalej. W międzyczasie dowiedziałem się, że za niedługo na A&E zjawi się pacjent, którego będę miał obejrzeć. Chwilę później spotkałem studenta ostatniego roku medycyny, który chętnie chciał zobaczyć co robię i mi pomóc. Pobraliśmy wspólnie krew od kilku pacjentów, gdy zadzwonił mój bleeper – właśnie zjawił się pacjent. Zeszliśmy więc razem na A&E, krótki wywiad, badanie i zjawił się chirurg on-call, okazało się, że można pacjenta odesłać, zostawić go na antybiotykach i poczekać co będzie się działo później. Reszta dnia przebiegała spokojnie, nawet pomimo bleepa, który dostałem w trakcie lunchu. Na pół godziny przed końcem dyżuru chirurg zapytał mnie co robię później, bo mógłbym mu asystować w operacji wycięcia wyrostka. Musiałem zjeść jakąś kolację, dał mi więc na to 30 minut. Wróciłem szybko do domu i zacząłem przygotowywać kolację, gdy na 10 minut przed końcem dyżuru zadzwonił beeper. Kolejna pacjentka, której już i tak nie zobaczę, ale ok, przekażę wszystko zmieniającemu mnie doktorowi. Musiałem się sprężyć, aby wyrobić się jeszcze na czas na salę operacyjną, na szczęście anestezjolodzy zrobili sobie przerwę, więc jakoś to się udało. Jako, że nie zamierzam być chirurgiem, mój pobyt na Sali operacyjnej zawsze ograniczał się do oglądania i ewentualnie niewielkiej pomocy, tym razem byłem pierwszym asystentem chirurga. I było całkiem spoko, operujący doktor ma bardzo pedagogiczne podejście i nie denerwował się, gdy robiłem coś nie dokładnie tak jak on chciał. Wycinany wyrostek okazał się wyjątkowo długi (ok. 15cm), tak samo jak przedłużyła się jego operacja, skończyliśmy kwadrans przed 20, gdy o 20 mieliśmy wychodzić na spotkanie wszystkich pielęgniarek, recepcjonistek, lekarzy i innych pracujących na moim oddziale. Więc znowu pośpiech, ale jakoś się udało. A opisanie tego co się działo na samej imprezie wymagałoby chyba oddzielnego pamiętnika ;)

piątek, 21 grudnia 2007

Dzień czwarty.

Zaczął się całkiem spokojnie, głowa trochę ciężka, bo spotykałem się wczoraj wieczorem z innymi stażystami i krótko spałem, ale nic nie zapowiadało nadciągającego sztormu. Po załatwieniu wszystkiego na oddziale poszedłem do Educational Centre na jakąś prelekcję, gdy odezwał się mój bleep, na oddziale czeka pacjent i muszę go przyjąć i przygotować na jutro. Po rozmowie i zbadaniu starszego pana zacząłem załatwiać jego papiery, i okazało się, że jest tego troszeczkę, dodatkowo zacząłem czuć się raczej słabo, bo nie jadłem lunchu. I wtedy zaczęło się na dobre, trzeba zrobić to, to i tamto. A bo leki, które wypisałem mają być w inny sposób wpisane, trzeba podpisać badania, wpisać wyniki, a tu trzeba jeszcze wkłuć wenflon, a tu trzeba krew na badania pobrać, itd. Na powstanie problemu zawsze składa się wiele czynników, w moim przypadku są to: odmienne zasady pracy i brak znajomości systemu, ogromne obłożenie pracą, kwestie języka zmęczenie i pewnie jeszcze inne. Płaca jest tutaj nieporównywalnie większa, ale wydaje mi się, że proporcjonalna jeśli porównamy odpowiedzialność i ilość pracy do wykonania przez brytyjskiego lekarza stażystę. Gdyby nie pomoc innych, nie dał bym rady zrobić wszystkiego za co odpowiadam. Praca i odpowiedzialność lekarza jest naprawdę ciężka. Jutro jestem on-call, podobno dużo większa ilość pracy niż normalnie -jak mówi powiedzenie- „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”.